y zrozumieć potrzebę poznania korzeni rodziny, trzeba być tam, gdzie one wrastały. Plany wyjazdu w nasze rodzinne strony narastały z każdym miesiącem. Na Wielkanoc 2006 przyjechała do nas do Wrocławia moja kuzynka Wanda Dolińska— córka Kazimierza—brata mojego tatusia, która od 20 lat samotnie, po śmierci mamusi Heleny zd.Sokołowskiej mieszka w Sądowej Wiszni. Obiecaliśmy z żoną Marylą, że na pewno ją odwiedzimy. Plany wyjazdu dojrzewały przez wakacje. Chęć wyjazdu z nami entuzjastycznie wyraziła Małgosia Niedośpiał zd. Jednoróg - córka mojej siostry Antoniny.
Podróż
Nadszedł oczekiwany dzień wyjazdu. 8 października 2006 wyjeżdżamy rano z Wrocławia, by dobrą autostradą dotrzeć szybko do Krakowa. Dalej zaczynają się schody z drogami w przebudowie, przez Tarnów, Rzeszów, Jarosław do Przemyśla. W tym bardzo ładnym mieście czeka na nas, w mieszkaniu swoich przyjaciół, państwa Małgosi i Józefa Kondrackich (też urodzonego w Sądowej Wiszni ) - nasza kuzynka Wandzia Dolińska. Po przerwie obiadowo- kolacyjnej wyjeżdżamy do granicy w Medyce - Szegini. Po krótkim ( o dziwo) oczekiwaniu przekraczmy granicę i po ok. 40 km jesteśmy już w domu Wandzi. Kolacja z toastem na powitanie "naszego" miasta, plany na najbliższe dni i odpoczynek.
Sądowa Wisznia
Następnego dnia 9.10. długi spacer po mieście. Odwiedzamy stary, zaniedbany cmentarz polski. Znane są tylko groby rodziców i brata Wandzi Dolińskiej, babci Katarzyny Dolińskiej, oraz dziadków Sokołowskich, ze strony mamy Wandzi. Zapalamy znicze. Chwile zadumy, ze łzami w oczach. Tu gdzieś są groby moich dziadków: Augusta Dolińskiego zm. przed 1939r. i babci Ewy zd. Podkalickiej - pierwszej żony dziadka, która zmarła młodo w 1914r. gdy mój tatuś, Antoni, miał 6 lat. Tu muszą być groby wszystkich przodków Dolińskich. Kto jednak wie gdzie?
Tylko niektóre groby są jako tako utrzymane. Na pozostałych jest łąka, na której najzwyczajniej pasą się kozy, walają sie śmieci, a miejscowi urzadzają sobie popijawy. Wandzia już nie daje tabliczek z nazwiskami swoich zmarłych bo i tak zawsze ktoś je zniszczy. Na wzgórzu jest cmentarz ukraiński. Tam też chowają zmarłych obecnie Polaków. Na starym cmentarzu jest zakaz pochówków.
Sądowa Wisznia to urocze, aczkolwiek bardzo zaniedbane miasteczko. Położone jest na wzgórzach— stąd od wzgórza - wyszni nazwa miasteczka, a nie od drzewa wiśni. Od siedziby sądów grodzkich dodano nazwę Sądowa. Uroczy rynek, stare uliczki, odnowiony, ogromnym staraniem, kościół prafialny pw. Matki Bożej Wspomożenia Wiernych (z proboszczem Polakiem z Cieszyna i wikarym pochodzenia ukraińskiego), cerkwią greko-katolicką i prawosławną kościoła wschodniego. Parafia obejmuje też stary, zabytkowy kościół w Stojańcach.
Szukamy, z pomocą Wandzi, nielicznych, starych mieszkańców Polaków, od których chcę się jak najwiecej dowiedzieć o moich dziadkach oraz o byłym miejscu naszego zamieszkania w rynku. Udało się trafić i porozmawiać z panem Tarnawskim, 87 letnim, schorowanym, o kulach, prawie niewidomym dziadkiem, który po dłuższym namyśle przypomna sobie mojego ojca Antoniego i jego braci Kazimierza i Stanisława. Pamięta też rodzinę Świętalskich. Pokazuje też, w którym miejscu stał nasz dom w rynku. Domu już nie ma, jest tylko używany przez kogoś ogród ze starymi "naszymi " drzewami. Ze łzami w oczach dziękuje nam za odwiedziny i prosi żeby pozdrowić wszytkich z naszej rodziny.
Stojańce
Nastepnego dnia 10.10. wyjeżdżamy do siedziby rodzin Zuber i Zając. Po 6-7 km jesteśmy w Stojańcach. Szukamy domu pani Bronisławy - Polki, która opiekuje się kościołem parafialnym naszych przodków. Dość szybko ją odnajdujemy. Z wielkim kluczem pani Bronia sadowi się w samochodzie. Wiele słyszałem od mamusi i od cioci Leonardy Kogut o tym kościele, ale to co ujrzałem przerasta moje oczekiwania. Kościół tak piekny, jakiego dotad nie widziałem. Drewniany, modrzewiowy, z przepiękną polichromią, prawie 600-letni zabytek jest nie do opisania. Dzisiaj, wszystko zruinowane i zaniedbane. Tu byli chrzczeni i zawierali związki małżeńskie nasi dziadkowie, babcie i mamy.
Możecie tylko sobie wyobrazić jakie to jest uczucie, stojąc we wnętrzu tego niepowtarzalnego kościoła. Na cmentarzu obok leżą gdzieś szczątki naszych zmarłych przodków. Nie ma tam jednak żadnych odznak cmentarza. Wszystko jest zarośniete i zaniedbane. Żadnych tablic nagrobnych. Nie ma kogo szukać. Po zrobieniu serii zdjęć i podziękowaniu pani Broni jedziemy do Królina.
Królin
Znowu podobna jak Stojańce wieś. Domy stare, jakby czas się zatrzymał w roku 1945. Jedyna nowość to doprowadzony gaz. Zatrzymujemy się przy małym sklepiku. Trzeba zasięgnąć języka jak tu dojechać do "naszych" Mazurów (Mazurami nazywano osiedle Polaków, którzy pochodzili z głębi kraju). Wchodzimy z Wandzią do środka. Oprócz sklepowej jest babcia z kijem w ręku. Pytam jak dojechać do osiedla Mazury. Babcia z uśmiecham na twarzy słysząc Polską mowę odpowiada płynnie po Polsku - "to pod górę niedaleko, a kogo tam szukacie?" Mówię, że śladów naszych rodzin Zuber i Zając. Babcia - okazuje się Polka, Maria Klisz zd.Iwaszko, ze wzruszeniem opowiada, że zna wszyskich bardzo dobrze. Ma 86 lat. Pierwszą wymienia Nusię Zuber - moją mamusię, braci mamusi Bolesława i Edwarda, Tośka, Józkę co wyszła za Majewskiego, Staszkę co wyszła za Kucharskiego. Pamięta jak Bolesława i Edwarda wywieźli na Sybir za AK. Pytam o rodzinę Zając.
Znała wszystkich co tu mieszkali. Od razu powiedziała, że z Lońcią Zając, co wyszła za Jana Koguta, chodziła do szkoły. Władzia wyszła za Świętalskiego. Były jeszcze młodsze Milka i Staszka. Pamiętała Władysława Zająca, co z żoną Anną też mieszkał na Mazurach. Przemiła babcia Maria od razu powiedziała, że z nami pojedzie i pokaże gdzie kto mieszkał.
Jedziemy przez Królin. Dalej polną drogą przez pagórki i łąki ( bo drogi polne już dawno zarosły) zbliżamy sie do wzgórza "osiedla" Mazury. Zostawiamy samochód, bo dalej nie ma jak jechać. Babcia Maria dzielnie maszeruje pod górkę, a my za nią. Podchodzimy do gospodarstwa, jedynego zamieszkałego, jak się okazuje. Tu mieszkali Zającowie - oznajmia nam babcia Maria. Znowu wzruszenie. Robię Gosi zdjecie na tle gospodarstwa. W obejściu nie widać nikogo. Brama zamknięta. Pewnie nowi właściciele w polu lub gdzieś pojechali. Trudno nam wiec coś wiecej zobaczyć.
Idziemy dalej i spotykamy dwa opuszczone gospodarstwa. Pierwsze Hrynczyszynów, z otwartą oborą i drobnym sprzętem, jakby gospodarze przed chwilą pojechali w pole. Tu jednak nikt już nie mieszka. Na drzewach jabłka, opodal orzech włoski. Nikt nie zbiera. Wandzia więc zaczyna być gospodynią, napełnia foliowa torbę. Dalej równie opuszczony dom rodziny Kozulów. I to wszystko co zostało z osiedla Mazury.
Pytam gdzie było gospodarstwo rodziny Zuber. Babcia Maria dalej dzielnie nas prowadzi. Widać zarośniętą krzakami i otoczoną starymi drzewami owocowymi i włoskim orzecham polankę. Tu stał duży, murowany, kryty dachówką (bogaty jak na tamte czasy) dom Zuberów.
Stanąłem pod jednym z drzew. Wzruszenie było tak silne, że nie mogłem powstrzymać łez.
Stanąłem pod jednym z drzew. Wzruszenie było tak silne, że nie mogłem powstrzymać łez.
To tu, około 1892 roku, przesiedlił się z Łękawicy pod Tarnowem pradziadek Andrzej Zuber z żoną Agatą zd.Ostrowską i dziećmi - Janem- moim dziadkiem, Stanisławem i Marianną— kupując, tak jak rodzina Zając, ziemie z parcelacji majątków ziemskich. Tu urodziła się moja mamusia. Maryla robi mi zdjęcie w tym szczególnym miejscu. Ze łzami w oczach zabieram kilka garści ziemi do foliówki ( jak Pawlak z Krużewnik w filmie "Sami Swoi").
Dalej za pagórkiem były, jak pokazuje nam babcia Maria, domy Władysława i Feliksa Zająców. Po zrobieniu zdjęć wracamy. Po dojściu ponownie do opuszczonego domu Kozulów moja żona Maryla woła - ”chodźcie, tu jest otwarte okno i widać stare meble oraz obrazy świetych i zdjęcia na ścianach". Istotnie pomieszczenie wygląda tak jakby gospodarz dawno temu wyszedł, zamknął drzwi, otworzywszy okno i pozostawił wewnątrz łóżko ze starą pościelą, stół, krzesła, obrazy na ścianach i fotografie rodzinne, piec ceglany ( taki do spania na nim). Wszystko porośnięte brudem i pajęczynami. Nie możemy zostawić wizerunków Jezusa i Matki Bożej w tym opuszczonym domu. Wanda wskakuje przez okno do środka, zdejumuje obrazy i fotografie ze ściany. Po wstępnym oczyszczeniu zabieram je do samochodu. Są teraz z nami we Wrocławiu. Są to oprawione papierowe wizerunki, nie mające wartości materialnej. Dla nas mają jednak dużą wartość sentymentalną. Na fotografiach Wandzia rozpoznaje rodzinę. Przypomina sobie, że jako dziecko przychodziła tu z Danusią—córką Stanisława Dolińskiego, o której do tej pory nie słyszałem.
Wracamy do Królina. Babcia Maria zaprasza nas do swojego domu. Mieszka sama i bardzo biednie. Tak samo jak pani Bronia ze Stojaniec za wsparcie dolarowe całuje mnie w rekę. Znowu się rozpłakałem. Trzeba było. Pełni wrażeń i wzruszeń wracamy do Sądowej Wiszni.
Tak blisko jesteś
I tak daleko
W szklanej płycie
W słowach symbolach
W małym prostokącie
W myślach ulotnych
W milknącym głosie
Z oczekiwaniem
Którego znieść
Nie mogę