d czego by tu zacząć? Pisać na temat mojej mamy Władysławy Czarnej z domu Zając to by trzeba było napisać książkę.
Wiem, że mój dziadek Feliks Zając wraz z żoną Marią zd Skwarcan i córką Bronią wyemigrowali do Ameryki jak ciocia Bronia miała roczek lub dwa (ok. 1915/1916 r). Prawdopodobnie choroba Feliksa (gruźlica) zmusiła ich, już wtedy czworo, bo z moją mamą Władysławą urodzoną w Ameryce w 1919, do powrotu do Polski. Wiem, że mieszkali we wsi Jaksmanice. Mieli sporo ziemi kupionej od Lubomirskich. Dziadek Feliks zmarł jak mama była małym dzieckiem. Babcia wyszła po raz drugi za mąż za Mikołaja Oleksów, z którym miała dwóch synów Edka i Józka.
W 1939 roku, po wkroczeniu Rosjan, babcia z dziećmi, moja mama i ciocia Bronia z maleńką córeczką zostały wywiezione na Sybir. Wiem, że borykały się z przeciwnościami losu na Sybirze - z głodem, długą i mroźną zimą oraz skandalicznymi warunkami bytu jakie narzuciły im rosyjskie władze. Widać było, że wygnańcy z góry byli przeznaczeni na śmierć.
W Rosji w tym czasie utworzyła się Armia Ludowego Wojska Polskiego pod dowództwem gen. Berlinga Wtedy moja mama aby przeżyć i wspomóc rodzinę wstąpiła do tego wojska. Wiem, że sam gen. Berling przez przypadek zwrócił uwagę na wychudzoną młodą kobietę czyli moją mamę i rozkazał aby dać ją do kuchni. Wraz z Armią Radziecką i Ludowym Wojskiem Polskim, moja mama przeszła aż do Berlina służąc w oddziale kobiecym zwanym popularnie 'Platerówkami'.
Przez cały czas mama starała się wyciągnąć rodzinę z Sybiru, bo by tam chyba wszyscy zginęli. W każdym razie dzięki szczęśliwym zbiegom okoliczności i na pewno mamy staraniom jako "platerówki" ówczesny rząd radziecki pozwolił mamy rodzinie wyjechać z Sybiru do rodzącej się na nowo Polski.
Osiedlili się we wsi Tyniec nad Ślężą koło Wrocławia. Przypuszczam, że wybrali tą wieś bo tam już wcześniej były osiedlone spokrewnione rodziny Zająców i Zubrów (również wysiedlone z Kresów). W Tyńcu mama poznała mojego tatę Jana Czarnego. Tata wywodził się z Tarnopola. Po heroicznej walce Wojska Polskiego z okupantem niemieckim w 1939 roku mojego tatę wraz z resztkami jego batalionu internowano na Węgrzech. Na Węgrzech przebywał do czasu zakończenia wojny. Jak wrócił do Polski, to znalazł się w Tyńcu nad Ślężą. Ja się urodziłem w Tyńcu. Później rodzice wyjechali do Wrocławia, a ja przez ten cały przedszkolny czas wychowywałem się u babci Marii. We Wrocławiu urodził sie mój brat Marian, siostra Elżbieta i najmłodsza z nas Joanna.
Nasza kochana Babcia Maria
Pamiętam jak często myśmy przyjeżdżali do Tyńca nad Ślężą na święta i na wakacje do babci. Zjeżdżało się kilka rodzin. Moi rodzice z czworgiem dzieci. Ciotka Bronka ze swoim drugim mężem i z synami oraz z córką z pierwszego małżeństwa Wandą Nowosiad z mężem Tadeuszem Ostrowskim (dzieci jeszcze wtedy nie mieli). Od czasu do czasu wpadali do tej całej "ferajny" moi wujkowie i ciotki - wujek Edek z żoną Marią i wujek Józek z żoną Gienką ze swoimi dziećmi, którzy mieszkali też w Tyńcu nad Ślężą. W sumie u babci było nas około 30 osób. Oj miała babcia z nami co robić, oj miała! Zawsze wtedy coś tam ubiła - kury albo świniaka. Moja babcia była bardzo gościnna i starała się jak mogła, żeby nas wszystkich jak najlepiej ugościć. Zawsze płakałem (oczywiście skrycie) jak stamtąd wyjeżdżałem. Była to bardzo kochana Babcia i dzięki niej, moje dzieciństwo i moje młodzieńcze życie wspominam jak najlepiej. Choć czasami miała ze mną urwanie głowy, bo byłem najstarszy z dzieci i najwięcej rozrabiałem (ale oczywiście niegroźnie dla otoczenia). A ile razy mój tato dał mi za to w skórę! Ale nie miałem mu za to za złe, bo w duszy wiedziałem, że słusznie.
Było wiele różnych sytuacji i fajnych śmiesznych właśnie takich, które do dzisiaj pamiętam z mojego pobytu w Tyńcu nad Ślężą i z Wrocławia i nie tylko, ale nie będę się o nich się rozpisywał. Pamiętam Ciocię Niedzielską i jak kuzyn Staszek Kogut do tej naszej strony internetowej dał jej zdjęcie i nagranie jej głosu, to przypomniałem sobie jak ona u nas od czasu do czasu bywała i jak pięknie umiała opowiadać bajki. Myśmy wszyscy jej bajek słuchali z zapartym tchem. Miała do tego wyjątkowy dar a do tego i łagodność charakteru. Działała swoją łagodnością nie tylko na nas ale na moją mamę, bo nasza mama wtedy na nas mniej krzyczała. A moja mama czasami bardzo szybko wpadała w gniew.
Jak Babcia miała ponad 70 lat to za namową mojej mamy i ciotki Bronki, rozdała ziemię wujkom, dom sprzedała i zamieszkała z nami. Mieszkała u nas około 1,5 roku jak pojechała w odwiedziny do Niemczy – bo tam mieszkała ciotka Bronka ze swoimi dziećmi (mąż ciotki Bronki chyba już wtedy nie żył). W drodze do Niemczy nabawiła się ostrego zapalenia płuc i mimo wysiłków lekarzy i mojej mamy nie udało się jej uratować i wkrótce zmarła. Jaka to była tragedia dla mojej mamy i dla wszystkich członków naszej rodziny! Mama to bardzo przeżywała. Dość długo winiła siebie za to, że pozwoliła Babci jechać do Niemczy. No, ale stało się. Mąż babci też już nie żył - zmarł około dwa lata przed nią.
Tak blisko jesteś
I tak daleko
W szklanej płycie
W słowach symbolach
W małym prostokącie
W myślach ulotnych
W milknącym głosie
Z oczekiwaniem
Którego znieść
Nie mogę